|
To
nie pies, to nie kot, nawet nie drożdżówka z kruszonką,
nieoficjalny plebiscyt na najlepszego przyjaciela studenta wygrał…
fanfary… komputer
(najlepiej przenośny z wbudowaną kartą wi-fi).
Jeszcze
pięć lat temu posiadanie własnego „kompa” było
marzeniem większości studentów, o laptopach nawet nie wspominając.
Dzisiaj bez własnego peceta trudno nie tylko napisać pracę
magisterską, ale nawet zaliczyć niektóre przedmioty, bo prowadzący
je wykładowcy nie przyjmują tekstów napisanych staroświeckim narzędziem,
jakim obecnie jest ręka. Ale co tam magisterka, co tam zaliczenia,
dzisiaj bez własnego peceta podłączonego do sieci nie można ściągnąć
bryków, opracowań, notatek od kolegi z roku. Nikt nie pofatyguje się
osobiście, aby powiadomić o fajnej imprezie czy o zwalniającym się
właśnie miejscu pracy w pobliskiej kawiarni. Życie studenckie bez
komputera w dzisiejszych czasach to nie tylko bardziej kamienista
droga poprzez studia, ale, co ważniejsze, ryzyko porażki
towarzyskiej, bo jak wiadomo student z poprawką sobie poradzi, ale
bez imprezy nie przeżyje.
Dziś
jest w modzie zaliczać się do tak zwanych „cyberżaków”,
czyli studentów korzystających z sieci i specjalnych portali
pogotowia studenckiego, które zaopatrują studiującą brać nie
tylko w notatki, ale i w informacje o odbywających się imprezach czy
dostępnych miejscach pracy. Podobna działalność i szeroko pojęta
„cyberpomoc” studencka pozwala uniknąć niektórych stresów
związanych ze studiowaniem, ale czy przypadkiem o czymś w tej
wirtualnej rzeczywistości nie zapominamy? Jesteśmy teraz bardziej
doinformowani niż kiedykolwiek, ale czy nie wpływa to na stosunki
społeczne, nawiązywanie więzi między studentami lub uogólniając,
nie zmienia to relacji międzyludzkich (czytaj imprezy, randki,
popijawy z przyjaciółmi)?
Komputer
kontra pani w dziekanacie
Zacznijmy
od korzyści. Profil dzisiejszej społeczności studenckiej uległ
pewnej metamorfozie, a zdobycze najnowszej techniki niewątpliwie ułatwiły
nam życie. Już nie zawsze trzeba stać w kilometrowej kolejce do
dziekanatu, jeżeli pytanie można przesłać pocztą elektroniczną.
Wykładowców też z reguły łatwiej jest zlokalizować dzięki
wymianie e-maili, rzecz niezwykle przydatna, jeżeli student wyjeżdża
w ramach programu Socrates-Erasmus. Problem pojawia się, gdy oporny
wykładowca skrzynki sobie nie założy, nie sprawdza jej, bądź, co
gorsze, w ekstremalnych przypadkach zamiast odpowiedzi otrzymujemy
animowaną kartkę pocztową z kryptogramem. Pojawia się tu jeszcze
jeden problem: czy taka wygoda przypadkiem nas nie rozleniwia?
Częściowo
tak. Przecież nie trzeba już wcześniej zwlec się z łóżka, aby
udać się we wskazane miejsce. Szczególnie, jeżeli kwestia jest błaha.
Żeby wysłać wiadomość mailem nie trzeba się czesać, myć,
malować (problem najczęściej w przypadku kobiet, ale nie
generalizujmy). Po prostu klikamy i możemy spać dalej. W
konsekwencji także kontakty międzyludzkie ulegają pewnemu wyjałowieniu.
Pani z dziekanatu nie może drogą e-mailową warknąć na zagubionego
studenta pierwszego roku, a pani z biblioteki nie zmierzy już nikogo
wzrokiem, gdy ten chce przedłużyć wypożyczoną pozycję, bo można
tego dokonać telefonicznie lub internetowo. Chciałoby się rzec:
„nareszcie”. I w ten oto sposób pewne tradycje zostają
odesłane do lamusa. Chociaż indeksy nadal zdaje się osobiście z
narażeniem życia i zdrowia petenta, jeżeli ten ma pecha i trafi na
gorszy dzień w dziekanacie.
Cyberprzyjaźni
nigdy dosyć
Pomimo
zagubienia pewnych tradycji, korzyści płynące z wszechobecności
Internetu oraz komputerów, jeżeli chodzi o formalną stronę
studenckiego żywota, są ogromne. Rozwój techniczny i komunikacyjny
pozwala zaoszczędzić wiele godzin, które niegdyś zwykło się spędzać
w kolejkach. Chociaż kolejek definitywnie wyeliminować się nie udało,
i może dobrze, bo właśnie w komitecie kolejkowym można sobie
bezkarnie pogadać z bliżej nieznanymi, ale łączącymi się z nami
w bólu osobnikami studiującymi. Jednakże to, co najbardziej
ucierpiało na powszechnej modzie na komputeryzację, to stosunki międzyludzkie
(czyli imprezy, podryw, przyjaźnie, jak zwał, tak zwał). Dzisiaj
komunikujemy się szybko, utrzymujemy kontakty z ludźmi z całego
kraju, a nawet z najbardziej odległych zakątków świata, ale często
kontakt ten jest czysto wirtualny, pozbawiony tego, co cechuje
tradycyjną rozmowę twarzą w twarz. Brak tu mimiki, gestów,
modulacji głosu. Oczywiście, co bardziej zapalony miłośnik
cyberprzestrzeni będzie oponował wytaczając działa, jakimi są
mikrofony i kamerki internetowe (mała broń gabarytowo, ale o niezłej
sile rażenia). Jednakże i te gadżety nie rekompensują w 100% braku
kontaktu osobistego.
Walka
z samotnością czy izolacja?
Dziś
mówi się, że Internet to świetny sposób na zawieranie znajomości,
ćwiczenie języków obcych, nawiązywanie przyjaźni, a nawet
randkowanie i poszukiwanie drugiej połowy. Mimo to, cyberpraktyki
towarzyskie mają pewne wady. Z pewnością duży dystans między rozmówcami
może doprowadzić do większej otwartości i szczerości, ale najczęściej
trudno nam jest oprzeć się pokusie „podkolorowania”
nieco naszego życia, co w warunkach kontaktu osobistego byłoby łatwe
do zweryfikowania. Dlatego też Internet pełen jest umięśnionych
klonów Brada Pitta czy seksownych replik Penélope Cruz. Internetowe
kłamstwa to jednak tylko cząstka skomplikowanej machiny wirtualnych
przyjaźni. Obecnie chyba najpopularniejszym sposobem umawiania się
na randki są specjalne przeznaczone ku temu portale internetowe
stworzone nie tylko dla studentów towarzyskich inaczej, ale i dla nieśmiałych
pechowców lub wymagających pracusiów. Z zasady każde spotkanie
daje możliwość poznania nowej fascynującej osoby z innego kierunku
bądź kręgu zawodowego, ale w rzeczywistości wszystko kręci się
wokół tajemniczego i niedefiniowalnego „tego czegoś”, a
jeżeli fluidów miłosnych zabraknie, nawet gdy osoba mogłaby zasilić
krąg znajomych, dalszego kontaktu nie będzie. Z jednej strony jest
to dobry sposób na zawieranie znajomości dla ludzi, którym natura
poskąpiła tego daru w realnym świecie. I tak przebojowy w pracy,
ale płochliwy w stosunkach damsko-męskich doktorant z historii może
na takim portalu znaleźć podobną połowicę zainteresowaną
siedemnastowiecznymi wojnami, zbliżający się do trzydziestki makler
zorganizuje casting na żonę, której tak domagają się jego
rodzice, nieśmiała studentka pozna kochanego łobuza, a zapracowana
singielka z ostatniego roku umówi się na kilka randek dla
poprawienia samopoczucia.
Ale
jest jeszcze druga strona medalu, bo pośród ogłaszających się pań
i panów nie trudno o matrymonialnego oszusta, naciągaczkę, męża
szukającego przygodnej znajomości czy żony znudzonej wychowywaniem
dzieci i czekającej na ognistego kochanka. W dodatku możliwość
wygodnego surfowania po profilach rozleniwia internetowych randkowiczów
do tego stopnia, że niektórzy prędzej czy później zatracają
umiejętności poznawania nowych ludzi poza siecią. Jednakże wydaje
się, że pod tym względem studenci mają nieco ułatwione zadanie,
bo zazwyczaj, będąc częścią akademicko-uniwersyteckiej machiny,
poszukują innych trybików tego samego studenckiego mechanizmu.
Wraz
z rozwojem portali służących do zawierania przyjaźni bądź
randkowania, użytkownicy zdali sobie również sprawę, że na tego
typu stronach najważniejsza jest umiejętność sprzedania się.
Sprawia to, że poza stronami kontaktowymi, powstają też specjalne
poradniki, służące zbawiennymi radami: jakie zdjęcia i opisy
zamieszczać na wyżej wspomnianych portalach, co pisać, a czego nie.
Popularne porady dla mężczyzn to zamieszczenie zdjęcia ze
zwierzakiem, przyznanie się do jakiejś drobnej wady, poczucie
humoru. Panie natomiast powinny starannie wybrać zdjęcia i
drobiazgowo wypełnić ankietę, ograniczając jednak własną twórczość
literacką do minimum. Jednakże ten randkowy marketing powoduje, że
po spotkaniu często obydwie strony są zawiedzione, co, jeżeli się
powtarza, może doprowadzić nie do polepszenia, a do pogorszenia
naszej samooceny. Szczególnie, że oczekiwania pań i panów często
znacznie od siebie odbiegają. Jak możemy przeczytać w
„niezawodnych” poradnikach: podczas gdy kobiety uważają,
że do poznania drugiego człowieka jedno spotkanie nie wystarcza, mężczyźni
często zaniechają spotkań po pierwszym, bo mogą w między czasie
mogą spotkać inną cyber-przyjaciółkę, która może być bardziej
interesująca.
Brać
studencka z chęcią korzysta ze wszystkich możliwości, które daje
Internet: od ściągania notatek po nawiązywanie wirtualnych przyjaźni.
Ale na ich drodze często pojawia się kosztowny problem, nawet
posiadając gniazdko internetowe w wynajmowanym tymczasowym domu, bez
najlepszego przyjaciela komputera nijak z sieci korzystać się nie
da. I tu może zakończę tę przydługą tyradę, bo do wysłania
czeka cała masa e-mail…
Abeja©2007
|